czwartek, 19 kwietnia 2018

Player One, czyli masa wspomnień, ale i sporo dla młodego pokolenia

Spędzam kilka dni z młodszą córką w górach, stąd też milczenie na blogu. Łazimy po górach, gadamy, a wieczorem oglądamy sobie drugi sezon Stranger Things. Dobry czas.
Tak sobie myślę, że zanim pójdziemy wspólnie na nowych Avengersów, chyba powinienem pokazać jej najnowszy film Spielberga. Po pierwsze dlatego, że to produkcja dość infantylna więc właśnie nastolatkom jak ona podobać się będzie najbardziej. Ale po drugie, bo tematyka tego filmu, to trochę pomost między moim światem a jej. Dla niej komputery, komórki i aplikacje, to rzeczywistość, dla nas było jedynie zabawą, ale która wciągała czasem na długie godziny. Może więc pokazanie, że to co dla niej ciekawe, istniało w pewien sposób wcześniej, sprawi że nie będzie na to machać ręką - to dla dinozaurów. Spielberg nakręcił film trochę ze wspomnień swoich i swoich dzieci, ale zaskakująco atrakcyjny i czytelny dla młodego pokolenia. Łączy stare z nowym. Oldschoolowe klimaty (nie tylko muzyczne), z zupełnie nową wizją świata.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Szczęście świata, czyli ach te kolory, zapachy i zmysłowość

W zanadrzu spora garść notek książkowych, kilka nowych filmów, ale mi jakoś wciąż po głowie chodzi rozpoczynający się festiwal Wiosna Filmów, przeglądam repertuar, bo z powodu wyjazdu wiele mnie ominie i jakoś chce mi się pisać o filmach trochę innych, mniej komercyjnych, ale godnych uwagi. Trzeba tylko odpowiedniego nastroju, by zachwycić się ich detalami, pięknymi zdjęciami i nastrojem. Gdy oglądałem "Szczęście świata" nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to fantastyczne połączenie klimatów jak u Wesa Andersona i opowiadania historii w stylu najlepszych czeskich mistrzów. Jest historia, ale z punktu widzenia pojedynczych bohaterów, wieloznaczna i raczej w domyśle, a przecież my lubimy o niej robić filmy, które mają walić po głowie, wstrząsnąć, wybebeszyć i jednocześnie edukować. A w filmie Michała Rosy więcej jest poezji niż realizmu, choć przecież wszystko jest mocno osadzone w konkretnych czasach, czyli tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej. Centrum filmowanego wszechświata nie jest jednak kraj, miasto, ale niewielka kamienica i jej mieszkańcy. Widzimy różne sceny gdy muszą oni załatwiać różne sprawy "na zewnątrz", ale i tak wiemy, że chodzi o lokatora konkretnego mieszkania, o jego relacje z sąsiadami, dzięki którym tak naprawdę ich poznajemy, wiemy kto jaki naprawdę jest.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Koń doskonały. Ratując czempiony z rąk nazistów - Elizabeth Letts, czyli by piękno nie zginęło

Seria reportażowa Mundus od Wydawnictwa Jagiellońskiego dotąd kojarzyła mi się z książkami o kulturze różnych krajów i podróżach, a tymczasem okazuje się, że unikają również książek historycznych. Skoro jednak można znaleźć tam niejedną ciekawą historię, może nie powinniśmy się dziwić.
W przypadku książki Elizabeth Letts mamy do czynienia zresztą nie tylko z historią, zbiorem nazwisk, wydarzeń i cytatów. Nie tylko ludzie są tu na pierwszym miejscu, ale właśnie tytułowe konie, miłość do nich i chęć ratowania ich za wszelką cenę. Od wieków ludzie kochają te zwierzęta, a wielu z nich za swój punkt honoru postawiło sobie dbanie o doskonałość ich różnych cech, wybierając do reprodukcji najpiękniejsze, najsilniejsze egzemplarze. Ta książka jest właśnie o nich. O tych, którzy z miłości do koni, potrafili poświęcić, zaryzykować bardzo wiele, zapomnieć na chwilę o tym jakie kto nosi mundury i po której stronie frontu walczy.
To hołd dla nich wszystkich oraz historia koni, które ratowali w trakcie drugiej wojny światowej.

Old love, czyli w tym wieku też wypada

Teatr Gudejko nie posiada własnej sceny, ale za to wciąż jest "w trasie" po Polsce, dzięki czemu możecie mieć okazję zobaczenia ich spektakli gdzieś bliżej siebie, bez konieczności wyprawy do Warszawy. Przeglądając ich repertuar wypatrzyłem przedstawienie grane prawie pod moim nosem, w Otrębusach (siedziba zespołu Mazowsze ma salę na kilkaset miejsc), więc zorganizowałem w tym roku trochę wcześniej coroczny wypad teatralny dla obu mam. Zwykle fundowałem bilety w okolicach Dnia Matki, żal mi było jednak nie skorzystać, a może w maju wybierzemy się po raz kolejny, tym razem już za "zrzutkowe".
Po oglądanym nie tak dawno "Między łóżkami" i widząc w obsadzie między innymi Artura Barcisia, nastawiałem się mocno na równie porywającą komedię. Tym razem jednak wieczór miał zupełnie inne klimat. I nie chodzi nawet o niedyspozycję głosową Barcisia, bo potrafił oczarować i rozbroić publiczność nawet tym. "Old love" ma po prostu dużo bardziej refleksyjny, nostalgiczny wydźwięk. Nie zabraknie bardziej zabawnych scen i dialogów, jednak całość trudno traktować jedynie jako okazję do pośmiania się, zobaczenia swoich ulubieńców w zabawnych rolach.

sobota, 14 kwietnia 2018

Dwie kobiety, czyli po co się szarpać z życiem

Catherine Deneuve i Catherine Frot. Dwie aktorki. Dwie kobiety. I choć w tym filmie nie ma zbyt wiele spektakularnych, czy bardzo dramatycznych chwil, one dwie wystarczają, żeby przykuć naszą uwagę do tego co dzieje się na ekranie. A dzieje się zwyczajne życie. Praca, zmęczenie, proste przyjemności, rozmowy, zwyczajne zmartwienia i kłopoty. Czas płynie, z tym co było trudne trzeba się jakoś pogodzić, na wierzch wydobywać dobre wspomnienia, a przede wszystkim nie dać się pogrążyć złym emocjom.
Żyć po swojemu, nie przejmować się tym "co należy", szukać szczęścia. Jakie to proste, gdy się to czyta. Trzeba jednak sporo przeżyć, żeby dojść do takiej harmonii. Claire (Frot) jest raczej zamknięta w sobie, nie pozwala sobie na większe szaleństwa, większość swojej energii zostawiając w pracy, gdzie jako położna dokonuje cudów. Dni płyną, a ona jest trochę w zastoju - dorosły syn wkrótce wyfrunie z domu i nie za bardzo chce realizować plany jakie dla niego wymarzyła, jej szpital wkrótce zamkną jako niedochodowy, a ona żyje skromnie samotna, nieufna wobec mężczyzn po wcześniejszych przeżyciach. Co takiego musi się stać, żeby wybić ją z tych torów?

piątek, 13 kwietnia 2018

Jeźdźcy burzy, czyli szczególna odpowiedzialność

 Od dłuższego czasu mam tak, że gdy wieczorem przychodzi czas na pisanie notki (jakoś ten rytm udaje się zachować od ponad 7 lat), mogę sobie przebierać spośród różnych szkiców i tytułów rzeczy obejrzanych, przeczytanych i zastanawiać się czy mam ochotę nad czymś bardzo "na szybko", czy też podumać godzinę nad tekstem. Siedzę po nocach, kolejka rośnie, a u mnie to wszystko kwestia impulsu - choćby dziś. Nie skończyłem oglądać serialu, ale tak mnie wciągnął i w jakiś sposób poruszył, że mam ochotę napisać już, teraz, odkładając wszystko inne na później.
Gdy zerknąłem na opis: Historia skupia się na rodzinie duchownych, której ślady sięgają ponad 250 lat, to pomyślałem, że będzie to pewnie coś kostiumowego, ileś dekad i pokoleń dramatów osobistych i historii kraju, przemian społecznych. Tymczasem nie - "Jeźdźcy burzy" to dość kameralny duński dramat osadzony współcześnie i opowiadający o relacjach ojca i dwóch synów. Johannes jest jak Bóg Starego Testamentu: wymagający, obdarzający miłością, ale i surowo karzący. Tak jak wielu jego przodków, jest pastorem i marzy o stanowisku biskupa. Niestety jego porywczy charakter, surowość, uzależnienie od alkoholu, nie wszystkim się podobają. Marzył żeby i jego synowie zostali pastorami i w przypadku młodszego i faworyzowanego Augusta to się udało. Starszy Christian ewidentnie jest dla niego rozczarowaniem, ma naturę buntownika i chce szukać własnej drogi.

czwartek, 12 kwietnia 2018

Dusza i ciało, czyli miłość w rzeźni

Już w najbliższą niedzielę rozpoczyna się kolejny festiwal Wiosna Filmów w Warszawie - świetna okazja by zakosztować filmów, które rzadko goszczą na ekranach kinowych, najczęściej jedynie w kinach studyjnych i to na krótko.
Zajrzyjcie na program i rezerwujcie sobie czas. Kasą się nie przejmujcie bo są tanie jak barszcz.
To dla zawsze okazja do uczty i oglądania produkcji nie tylko z największych festiwali filmowych, głośnych reżyserów, ale i przyglądania się kinematografii krajów, które kiedyś od strony filmowej znaliśmy chyba dużo lepiej: Czechy, Rosja, Węgry, Rumunia, Bułgaria. Ileż perełek można znaleźć w tym co przygotowują co roku organizatorzy. Można zobaczyć też garść produkcji trochę starszych, które może przegapiliście rok czy dwa lata temu. Kto na przykład widział "Dusza i ciało"? Piękny, bardzo plastyczny i bardzo oryginalny film o miłości?

środa, 11 kwietnia 2018

Deniwelacja - Remigiusz Mróz, czyli no i po co to kontynuacja?

Remigiusz Mróz gościł u mnie dość często w ubiegłym roku, ale choćbym nie wiem jak się starał nadrobić zaległości w jego powieściach, on i tak pisze w takim tempie, że mam kolejne tytuły do uzupełnienia. Niedługo poluję na Chyłkę, a na razie Wiktor Forst.
I wiecie co? Mam wrażenie przy czwartym tomie, że już trochę wypaliła się ta seria. Pewnie sięgnę po kolejny tom z ciekawości, "Deniwelacja" jednak rozczarowała. Dostałem podobne elementy jak wcześniej, ale tym razem w mało spójnej i nieprawdopodobnej fabule. Po raz kolejny bohater zostaje wplątany w morderstwo (i znowu trupy w Tatrzańskim Parku Narodowym), wszyscy chętnie by go przymknęli i przesłuchaniami wydobyli z niego informacje na temat tego w jaki sposób był związany z ofiarami, a on ponownie postanawia prowadzić śledztwo na własną rękę. I mimo dawania sobie w żyłę, picia i ogólnej degrengolady, udaje mu się robić wszystkich w konia, unikając służb... No chyba, że sam coś od nich chce.

wtorek, 10 kwietnia 2018

Krucjata dzieci - Tullio Avoledo, czyli czy naprawdę w to wierzysz

Krucjata dzieciPowrót do uniwersum Metro 2033. I powrót do jednej z bardziej oryginalnych powieści z tego świata, wyróżniającej się fabułą językiem i... otoczeniem. Kontynuacja już nie jest aż tak bardzo zaskakująca, bo przecież znamy już bohatera, jego misję i kraj, przez który kroczy. A mimo to jest parę zaskoczeń i nawet nie wiem czy tomu drugiego nie czytało mi się lepiej od pierwszego, czyli "Korzeni niebios". Jest może mniej oryginalny, dużo bliżej mu do innych książek z cyklu, ale za to dużo więcej w niej akcji, mniej jest tych wszystkich wizji, filozoficzno-religijnych rozważań, które w tamtym tytule trochę mi przeszkadzały.

Opowieść snuta przez Avoledo traci więc klimat, zamiast wędrować przez zlodowaciałą Italię, siedzimy w podziemiach jednego miasta, ale jakoś bardziej pasuje mi do Uniwersum, które nie oszukujmy się, raczej nie zostało zbudowane na super pogłębionych historiach. Już wtedy pisałem, że chyba lepiej by było, gdyby autor nie ograniczał się ramami wyznaczonymi przez Głukhovskiego, tylko szukał swojej drogi, bo "Korzenie niebios" były tak jakby w rozkroku między postapo, a powieścią w zupełnie innym gatunku. To teraz mam jasność: "Krucjata dzieci" wskazuje na podęcie decyzji o powrocie do znanych realiów.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

120 uderzeń serca, czyli tak mało nam zostało



Premiera "120 uderzeń serca" dopiero mniej więcej za miesiąc, ale jak to zwykle bywa w dystrybucji Gutek Film, pewnie lada chwila pokazy przedpremierowe. I prawdę mówiąc ciekaw jestem wrażeń tych, którzy się zdecydują iść, chętnie bym podyskutował z kimś o tym filmie, choć drugi raz na seans pewnie bym się nie wybrał. Niełatwo mi było wysiedzieć w sali. Ktoś mógłby powiedzieć: wyłazi z Ciebie nietolerancja i homofobia, ale to nie jest jedynie kwestia co zostało pokazane, ale raczej jak to zostało pokazane. Nie chodzi o obsceniczność, bo dosłowności jest sporo jedynie w słowach i w domyśle, a nie w samych obrazach. To raczej sama fabuła mnie jakoś mocno nużyła i drażniła. Być może ten obraz zupełnie inaczej odbiorą osoby ze środowisk LGBT, bo to jakaś część historii ich ruchu, tyle że sposób jej podania moim zdaniem jest mało strawny dla ludzi "nie w temacie". O różnych "wojownikach" o jakieś sprawy udawało się zrobić dobre filmy, może uproszczone, ale w jakiś sposób edukacyjne, przypominające temat, wydarzenia, postacie. Tu wchodzimy w środowisko na tyle głęboko, że czujemy się niczym w jakimś paradokumencie, a nie w fabule, lecz wysiadywanie na zebraniach aktywistów i słuchanie ich przepychanek, dyskusji, planów (a to jest nawet jedna trzecia filmu), jest po prostu mało strawne.

niedziela, 8 kwietnia 2018

Zła pora roku - Antonio Manzini, czyli jak ja lubię tego drania

Czasem tak jest, że gdy podpasuje jakiś autor, od razu masz ochotę sięgnąć po kolejną jego książkę. Szczególnie gdy masz do czynienia z serią z jednym bohaterem, a Tobie ta postać bardzo się spodobała. Właśnie tak mam z Manzinim i wymyślonym przez niego wicekwestorem Rocco Schiavone. Zaczynałem od "Żebra Adama", poluję jeszcze na pierwszą z serii "Czarną trasę" i już wiem, że to połączenie kryminału ze specyficznym czarnym humorem, dość specyficznymi metodami śledczymi i okropnym charakterem bohatera, to dla mnie idealne połączenie. On jest tak wredny dla swoich podwładnych, tak odpychający w kontaktach z ludźmi, wciąż wściekły na pogodę, na miasteczko, które jego zdaniem jest dziurą, że trudno o bardziej oryginalnego policjanta. Dzień zaczyna często od wypalenia trawy, wszelkie śledztwo traktuje jako przekleństwo i karę z niebios, ale angażuje się w sprawę w 100 procentach, potrafiąc przyjść na posterunek nawet w środku nocy, tego samego wymagając od innych. A tym razem rzeczywiście czas będzie bardzo istotny.

Czekają na Otella, czyli a co, jak Murzynek Bambo mieszka w Polsce?

 Ja wczoraj notkę teatralną, ale zbierałem się do niej długo, a tu proszę - są tacy wśród znajomych, którzy zaraz po powrocie ze spektaklu siadają do komputera. Nie ukrywam, że M mnie zaintrygowała. Lubię to miejsce - Druga Strefa, więc tym bardziej dopisuję do planów na kolejne miesiące.


Już dawno żadna sztuka nie tąpnęła mną tak bardzo. Poszłam na komedię (było i śmiesznie), a dostałam lekcję szacunku, tolerancji i pokory. Tak … słyszy się, że tu czy tam ktoś uderzył, wyzywał jakiegoś ciemnoskórego … przechodzimy nad tym do porządku dziennego, bo ON jednak nie jest nasz, bo ON ma inny odcień skóry. A co jeśli „Murzynek Bambo” jest rodowitym Polakiem, jest wykształconym człowiekiem, dobrym patriotą, uczciwym człowiekiem? Dla wielu to nie jest ważne. ON nie ma imienia, zawsze będzie: czarnym, Mustafą i terrorystą. Znamy to, prawda? Drżymy na sam dźwięk obcego imienia, na obcy akcent, inną karnację …

sobota, 7 kwietnia 2018

Iluzje, czyli całe życie kochałem...

Dziś notka teatralna (w zanadrzu jeszcze trzy inne, ale po kolei), tyle że dość wyjątkowa. Jak często bowiem zaglądacie na spektakle do Akademii Teatralnej? Szkoły aktorskie mają przecież swój repertuar, przedstawienia dyplomowe, cały czas pracują pod okiem swoich profesorów. Choćby w Warszawie - gdy zerkniecie na ich strony, możecie zdziwić się ile w każdym miesiącu jest tych tytułów. W tym miesiącu będziecie mieli m.in. kolejną okazję, by zobaczyć Iluzje, w reżyserii Wojciecha Urbańskiego i w wykonaniu studentów IV roku Wydziału Aktorskiego, więc może najwyższa pora, by napisać o tym spektaklu kilka zdań.